Nasi Mili!
Od 15:00 dnia dzisiejszego można głosować na naszego bloga w kategorii
” Podróże i szeroki świat”
Wystarczy wysłać sms pod nr 7122 z hasłem D00171. koszt 1,23pln (niech ich grom)
Pozdrawiamy serdecznie. nikamony.
Nasi Mili!
Od 15:00 dnia dzisiejszego można głosować na naszego bloga w kategorii
” Podróże i szeroki świat”
Wystarczy wysłać sms pod nr 7122 z hasłem D00171. koszt 1,23pln (niech ich grom)
Pozdrawiamy serdecznie. nikamony.
Napisane w konkurs | Otagowane blog, BLOG ROKU 2011, dominika markiel, GŁOSOWANIE, KONKURS, nikamon, nikamony, Podróż, szymon kamiński, wyprawa | 1 komentarz »
Mili nasi, już od 12 stycznia od godziny 15.00 możecie głosować na naszego bloga w konkursie BLOG ROKU 2011 w kategorii “Podróże i szeroki świat”.
Już wkrótce napiszemy w jaki sposób możecie głosować.
Pozdrawiamy. nikamony dwa.
Napisane w inne | Otagowane BLOG ROKU 2011, dominika markiel, GŁOSOWANIE, kiedy celem jest droga, KONKURS, nikamon, PODRÓŻ ROKU, podróże, RANKING, SZEROKI ŚWIAT, szymon kamiński, WSPOMNIENIA Z PODRÓŻY, wyprawa | Zostaw Komentarz »
Jest ciepło i duszno. To wciąż przecież Sri Lanka – Unawatuna. Ostatnie pluski w cieplutkiej wodzie, ostatnie rozmyślania w ciepły wieczór nad brzegiem morza. Jak to będzie, aż trudno uwierzyć w to, co następuje! No i wieści od Pan Gudinio, który kolejny już raz przedłuża planowany czas swej podróży po świecie, a na nas powoli przyszła pora…
Następnego dnia z ciężkim sercem i plecakami, z głównej (i w sumie jedynej drogi) łapiemy autobus do Galle. Na miejscu pytamy przechodniów o stanowisko lokalnych autobusów do Colombo. Biegiem, biegiem! Autobus za chwilkę odjeżdża. Wpychamy się więc do środka, ale kierowca na widok naszych wielkich plecaków robi taką minę, że z wiązanką nie za pięknych słów pod nosem, praktycznie bez zastanowienia opuszczamy pojazd. Nie pozostaje nam więc nic innego jak pierwszy raz odkąd zawitaliśmy na tej egzotycznej wyspie, wsiąść do klimatyzowanego busika z napisem
“Luxury Bus”. Miejsca też nie za wiele, bo każdy bardziej szanujący się turysta na Sri Lance nie podróżuje przecież lokalnymi autobusami, nawet gdy te zawierają klimatyzację. Standardowy przyjezdny wynajmuje własny środek transportu! O tradycyjnych backpackerach wydaje się nikt na Sri Lance nie pamiętać, bo przecież tacy za dużo mamony nie zostawiają, więc po co się nimi przejmować?! Z nosami przy szybie suniemy nadbrzeżną droga Sri Lanki. Czasu, wydawałoby się, mamy wiele, bo z Unawatuna do Colombo jest 4 godziny. Po drodze mijamy całe osiedla, opustoszałych po wielkim tsunami domów. Widok poważnie odbiera mowę i nasuwa ciężkie myśli o tym, co musiało się tu wydarzyć. Po tylu latach od katastrofy, wciąż widać jej skutki.
W Colombo sytuacja zaczyna się zagęszczać. Korek straszny, ciągnie się w
nieskończoność, a w nas wzrasta niepokój… co będzie jak nie zdążymy na ostatni autobus na lotnisko????!!! Z ulgą też stwierdzamy, że nie wpadliśmy na pomysł przyjazdu do Colombo na dłużej. Miasto już na pierwszy rzut oka wyraźnie odstaje od reszty kraju. Przepych i bogactwo na każdym rogu. Wielgachne, bogate hotele, które trudno zoczyć nawet w Europie. Drogie butiki. Błyszczące neony. Prawdziwy blink – blink azjatyckiej stolic. Zupełny kontrast do sri lankańskich widoków, do jakich przywykliśmy. Tętniąca życiem, pochłaniająca wszystko dżungla, małe wioski z jednopiętrowymi domami, cisza i spokój tuż po zmroku – takie wspomnienie Sri Lanki miło będzie zabrać ze sobą, a wielkie miasta jak juz dawno stwierdziliśmy – to po prostu nie dla nas.
Na wielkim, głównym dworcu szybko znajdujemy właściwe miejsce, skąd odjeżdżają autobusy lotniskowe. Szybko kupujemy ostatnie sri lankańskie przegryzaki – nasze ulubione krokieciki z pikantnym wsadem, ostatnia słodka jak diabli mleczna herbatka i w drogę na kolejną godzinę do autobusu.
Noc na lotnisku mija dość szybko, może też dlatego, że nie do końca uświadamiamy sobie co właściwie się dzieje…. Jakby przez szybę – mgłę obserwujemy toczące się obok życie.
Gdy samolot podchodzi do lądowania przylepiamy nosy do szyby. Tylko w ten sposób jest nam dane zobaczyć Sharjah – miasto Emiratów Arabskich, w których mamy przesiadkę i niestety…. z powodu braku wizy nie jest nam dane doświadczyć, pomimo że przed nami cały dzień w tym pasjonującym kraju! Zasiadamy więc na ławeczce, próbując choć na chwilę zmrużyć już poważnie zmęczone oczęta, ale nijak to wychodzi. Wokół tyle ciekawych narodów. Oturbanieni panowie w swych tradycyjnych arabskich białych szatach i sunące za nimi czarne zjawy – żony. Rysy twarzy (tych odsłoniętych) tak przeróżne, że napatrzeć się trudno!
To już?!?! Można powiedzieć jak z bicza strzelił! Po 10- ciu ekscytujących godzinach, pakujemy się do kolejnej latającej maszyny. Na kolejne 4 godziny. Coraz bardziej dociera też do nas, co tak naprawdę się wydarza i że chcąc nie chcąc, coraz bliżej mamy do Europy…
W Istambule już lekki chłodek, bo pomimo że temperatura na zewnątrz wciąż dwudziesto stopniowa – dla nas to aż o 10 stopni mniej niż jeszcze wczoraj. Na samą myśl, że już za niedługo będzie jeszcze zimniej pojawia się gęsia skórka! A o tym, że w końcu przyjdzie zakuć frywolne do tej pory stopne paluchy w jesienne buty, zwoje myślowe nie chcą nawet sobie wyobrazić.
Cena lotniskowego autokaru lekko nas powala. Nikt przecież nie śmie twierdzić, że Turcja należy do tanich krajów, co jeszcze bardziej można odczuć przyjeżdżając tu wprost ze Sri Lanki!
Pomimo że już głęboka noc, Taksim – główne centrum stambulskiej rozrywki, wciąż tętni życiem. Tu przy długaśnych schodach wpadamy w objęcia Marty, znajomej z czasów krakowskich.
W Stambule wszystko wydaje się piękne, wszystko zachwyca. Nowe smaki, zapachy, kolory. Bogactwo i ruch na ulicach. Znane nam, choć jakby zapomniane zwyczaje. Ludzie w europejskich, trochę już jesiennych strojach. Gdzie się podziało kolorowe sarii, falbaniaste zwiewne spódnice?! Bujną zieleń zastąpił zwykły, wielkomiejski zgiełk. Mijamy potężne gmachy meczetów. Spacerujemy brzegiem błękitnego Bosforu, przyglądając się licznie zebranym tu amatorom wędkarstwa.Nieposkromionym, łakomym zwyczajem opychamy się wszystkimi specjałami, które wietrzą nasze oczy i nosy. To wszystko takie pyszne, a tak tego dużo, że tylko opychać brzuchy.
Dni w Stambule mijają szybko. Trochę studenckie wieczory przeciągają się prawie do rana. Po mieście chodzimy już jakby nieobecni. Myśli jeszcze trochę wczorajsze, bardziej gnające już w przyszłość. Chciałoby się jeszcze tu być. Zwiedzać wciąż. Magię tureckiej stolicy chłonąć… Przewodnik po Bliskim Wschodzie, który kupiliśmy jeszcze w Nepalu teraz uwiera każdą swą krawędzią. Wszystkie te kraje jakby na wyciągnięcie ręki. Trudno odgonić myśl, że muszą na nas poczekać. Podobnie jak piękne, puste jeszcze zakątki Gruzji, soczyste o tej porze roku granaty dojrzewające w Armienii. Ugh!
Jeszcze tylko samolot do Berlina i szarzy ludzie w szarym, europejskim mieście. Kulimy się pod ścianą próbując odzyskać resztki przerwanego za wcześnie snu, ubrani we wszystkie ciepłe rzeczy jakie zostały nam jeszcze po tych 16 miesiącach bycia w drodze. Jest 4- ta rano. Pan z firmy przewozowej zjawia się po 6. Wcześnie poranna autostradę pamiętamy z przymrużeniem oka. Po obu stronach łąki. Z wolna poruszające się wielkie wiatraki. Poszarpana promieniami słońca mgła przedziera się pomiędzy drzewami. W radio polski głos, niekoniecznie wzruszające teksty piosenek i rytmy łatwo wpadające w ucho.
Wywalamy toboły na parking pod blokiem na Chopina 4. Krokiem podekscytowanym kroczymy w stronę klatki. Patrzymy na Mamę Szymonową z wytrzeszczem ocznym nie dowieżającym, że my to MY. Że wróciliśmy. Że jesteśmy. Już. Bez zapowiedzi, uprzedzenia. Jesteśmy w domu.
Napisane w Polska, Sri Lanka | Otagowane Azja, Emiraty Arabskie, Podróż blog, Polska, powroty po podróży, Sri lanka, Sri Lanka blog, Turcja | Komentarzy: 3 »
Po herbacianych plantacjach czas na plaże, bo w końcu mamy wakacje, a te rajskie widoki pełne kokosowych palm, z mięciutkim piaseczkiem i ciepłą wodą są przecież tuż tuż. No i wreszcie będą słonie!!! Wystarczy tylko wyjść na drogę i zamachać ręką…
Sri Lanka jest na tyle przyjemną wyspą, że nigdzie nie trzeba się śpieszyć. Wszędzie i zawsze jest blisko. Transport lokalny jest tak sprawnie zorganizowany, że obojętnie, o której porze stawi się na dworcu, zawsze znajdzie się autobus w pożądanym kierunku. Przesiadki są na tyle szybkie, że najczęściej momentalnie po wyjściu z jednego autobusu znajduje się następny. Jeśli dworca brak – wystarczy stanąć przy drodze i machnąć ręką, gdy przejeżdża autobus. Bilet kupuje się u biletera już na pokładzie, więc kasy szukać nie trzeba, a koszt przejazdu jest tak śmiesznie niewielki, że czasem zastanawiamy się czy to naprawdę ta sama wyspa!
Sunąc tak tym biało-błękitnym autobusem odkrywamy wreszcie, z czym kojarzy nam się Sri Lanka!!! Normalnie olśnienie! Ameryka lat 20-tych, proszę Państwa, bo wjeżdżając do tego kraju można przenieść się lekko w czasie. Kolonialne wille i nadgryzione sporym zębem czasu budynki. Charakterystyczne drewniane meble. Czas gnębienia tych o ciemniejszym kolorze skóry. Podział na srefy dla Czarnych i Bladych. Kobiety w falbaniastych, mało współczesnych sukienkach. Czerwona rozmoknięta ziemia pod stopami. Wąskie jezdnie. Gdzie okiem sięgnąć plantacje tego, co zazwyczaj w dalekich krajach tylko rosnące i gąszcz pochłaniającej cały srilankański świat dżungli, a to wszystko z perspektywy biało- błękitnego autobusu z dosłownie innej epoki.
Tak też ni to na jawie ni śnie sprawnie i szybko docieramy do Zatoki Arugam.
Już pan Bawa (minerałowa Zakała) polecił nam Lucky Beach Hotel, bo że taniej, i że zna. Akurat dziś kończy się sezon. Ostatnie surferskie zawody. Ostatnie wielkie tłumy…
Domek kryty liściem palmy kokosowej, dosłownie 20 metrów do ołszenu!!! I znów, proszę Państwa, jest radość!!! Tylko te fale jakieś takie nie tego! Wielkie białe, pieniste smoki! Do wody wejść to wielka sztuka – fala za falą tak wielka, że grzmoty jak w trakcie burzy. A w wodzie… uuuu – czasem jak grzmotnie, jak wessie, jak szarpnie i jak wreszcie rzuci – jak szmatą, gdy się człowiek nie zorientuje w porę, w jaki sposób tę wielka falę przechytrzyć, to orze człowiekiem po piachu nieznośnie. Solanka wdziera się równo, zarówno otworem uszowym jak i gębowym. Wchodząc do wody trzeba przyzwyczaić się, że jest ona wielkim żywiołem i tak jak tu, człowiek jest tylko boją na jej powierzchni. Bo prawda jest taka, że zatoka Arugam to raj w głównej mierze dla surferów. Pływacy… hmmm muszą przyzwyczaić się, że czasem fale bywają bolesne.
Tak też upływa nam tydzień pełen wakacji, słońca i wielce słonej oceanicznej wody w… wszędzie. Nadmiar słońca, które zawsze jest nad głową, prawdziwym burakiem zdobi nam skórę, która już po kilku dniach schodzi płatami. Nie możemy się tym wszystkim nacieszyć. Codziennym zwyczajem stały się pośniadanne nurkowanie w wodzie, obserwacje połowów ryb i wyciągania łodzi na brzeg, surferów w wyczynowy sposób ujarzmiających fale, a gdy tylko na niebie pokazują się gwiazdy i para nad wielką beczką w knajpce po drugiej stronie ulicy zaczyna buchać, rozlega się przeraźliwy dźwięk, obok którego nikt nie jest w stanie przejść nie krzywiąc się z boleścią na twarzy. To jednak nikt inny jak kucharz, przygotowujący pyszne khottu – mączne rotti, warzywa plus mięsny lub rybny wsad. Wszystko to ciosane jest z tym okropnym jazgotem, wielkimi tasakami na metalowym blacie. Ciarki na plecach, a na talerzu taka porcja, że trzech by nie pogardziło.
Najważniejsza na Sri Lance jest jednak natura. Patrząc na bujną florę wyspy, aż strach pomyśleć, co czai się w jej gęstwinach. Tam musi być jakieś życie!!! Zatoka Arugam jest praktycznie na granicy, największego i najczęściej odwiedzanego parku narodowego Sri Lanki – Parku Narodowego Yala. Rozległe, bezludne plaże ciągną się dosłownie w nieskończoność. Wzdłuż nich wielkie fale huczą srogo. Nas najbardziej jednak interesuje tak zwana Skała Krokodyla i Słonia, bo to właśnie tu można spotkać, widywane zazwyczaj tylko w zoo, zwierzaki!!! Idziemy więc długo i mozolnie. Wspinamy się na wielką skałę tuż za jeziorkiem i normalnie są!!! Pięć prawdziwych pełnowymiarowych słoni z autentycznymi trąbami! I to w odległości nie większej niż 100 metrów. Pluszczą się w wodzie, zrywają gałęzie, siłują na wielkie głowy. Oczy trudno napatrzeć, bo widok żywego słonia na wolności jest aż nieprawdopodobny. Na spotkanie ze słoniami idziemy jeszcze kilka razy. Pomimo, że wielki kawał trzeba przejść, widok wynagradza.
Z wolna też znów goni nas czas. Ugh… te samoloty! Jeszcze tylko kilka dni zostało trzeba więc zobaczyć… jak plaże wyglądają na południu wyspy.
Napisane w Sri Lanka | Otagowane Arugam Bay, autobusy lokalne na Sri Lance, Azja, Cejlon, Ceylon, dominika markiel, fotografia podróżnicza, krokodyl, nikamon 2011, ocean, Park Narodowy Yala, plaża, Skała Krokodyla, Skała Słonia, Sri lanka, Sri Lanka blog 2011, surfer, surfowanie na Sri Lance, szymon kamiński, słonie na wolnośći, słoń, transport publiczny na Sri Lance, wielka fala, wyprawa blog 2011, Zatoka Arugam | Komentarzy: 4 »
W Kandy szybko do nas dociera, że po głównych atrakcjach turystycznych to chyba nie poszalejemy. Trochę nas zatyka, kiedy przy budce biletowej do świątyni, w którym podobno znajdować się ma ząb samego Buddy, zarządano od nas 10$ za głowę. I jeszcze żeby takowy ząb można było zobaczyć! Nic z tego. Na dodatek opinie są dość sprzeczne co do autentyczności reliktu. Niektórzy twierdzą, że ten prawdziwy Portugalczycy spalili na Goa w Indiach, na co
oburzają się mieszkańcy Sri Lanki. Inni jeszcze twierdzą, że relikt jest gdzieś głęboko schowany, a ten w Kandy to replika. Więc świątynię oglądamy z zewnątrz, pozostawiając, uwaga! 15 sekundową przyjemność bycia w środku, innym.
Nie takie były nasze priorytety przyjazdu na Cejlon. Antyczne miasta, a raczej ich ruiny zostawiamy sobie na kiedy indziej. Przede wszystkim chcemy zobaczyć plantacje herbaty, słonie (żonglujące żółwiami), warany i leniwe plaże (w końcu to wakacje!). Biegamy wciąż na market po pyszne wielgachne awokado, którego już tak dawno, bo od Birmy, nie mieliśmy okazji smakować. Kupujemy wściekle ostry czosnek, ananasy, mango, arbuza i z pełnymi siatami wracamy na prawdziwą witaminową ucztę! A! W siacie znalazły się jeszcze 2 rodzaje słonych jak diabli ryb (pewnie tych co suszyły się na plaży w Negombo), które pochaniamy czéciowo na miejscu, ku wielkiemu zdziwieniu lokalnej społeczności, bo na Sri Lance słona, sucha ryba to tylko produkt podstawowy curry i nikt w życiu nie tknąłby podobnego świństwa, bo przecież to nie zjadliwe. No cóż, śledzików nie było, więc słony rekin też może być…
Jedziemy dalej, w kierunku Hill Country, czyli pagórkowato- górzystej części kraju. Naszym celem staje się Adam’s Peak, gdzie podobno biblijny Adam dotknął Ziemi zesłan z Nieba. W zależności od religii, ta sama góra przyjmuje inną nazwę: dla Buddystów to Sri Pada, czyli święte odbicie stopy Buddy, gdy ten kierował się ku niebu. Hindusi uwarzają, że wielki odcisk należy do samego Shivy, a jeszcze inni, że do św. Tomasza Apostoła. Nam najbardziej spodobała się wersja neutralna, czyli góra, gdzie umierają motyle.
Z Dalhousie, wioski startowej na szczyt, wychodzimy grubo po śniadaniu, czyli chwilę przed południem. W przeciwieństwie do hostelowych współlokatorów, którzy w nadziei na złapanie wschodu słońca na szczyt porwali już o 2 w nocy. Naiwniacy mysleli, że dojdzie do cudu i wielkie deszczowe chmury, które ciągną się za nami od Kandy nagle wyparują. Taa… niedosyć, że nie widzieli zupełnie nic, bo przecież ciemno jak w… to jeszcze wszystko we mgle i zimno jak cholera. Góra to niemałe wyzwanie dla każdej łydy, gdyż pokonanie 5200 stopni daje mocno w kość. Niekończące się schody zostały wybudowane głównie dla pielgrzymów, którzy zjeżdżają tutaj setkami od grudnia do maja. I właśnie w tym czasie najlepiej wyjść wcześnie na wschód słońca i móc podziwiać niesamowity cień, jaki rzuca góra. Cała trasa jest wówczas oświetlona i co chwila można przysiąść na gorącej herbacie w przy schodowych herbaciarniach. Podczas naszej wizyty wszystko było zabite dechami a ze szczytu nie było widać kompletnie nic. Uderzyliśmy w dzwon (jedno uderzenie na jedno wejście) i wióra w dół, bo ziąb.
Z delikatnym porażeniem kończyn dolnych (nie chiało się rozciagać po zejściu to się ma) jedziemy rannym autobusem do Hutton, skąd bierzemy pociąg do Haputale. Jazda pociągiem to polecana przygoda sama w sobie. Że plantacje herbaty dookoła, że piękne góry, że cała podróż zleci w oka mgnieniu. I
rzeczywiście, naprawdę przygodowo jest podziwiać piękne krajobrazy, stojąc w przejściu wagonów na jednej nodze, bo luda tyle w środku, że nawet w drzwiach wystaje. A cztery godziny to chwila moment. Ale warto. Jest klimat. Z radością wylewamy się na dworzec w Haputale, skąd zgarnia nas gość, do swojego guest house’u “prowadzonego przez sympatyczną muzułmańską rodzinę”
Głowa domu, Pan Bawa (czyt: Bała) to dziarski 63 latek z nieleczonym syndromem ADHD. Przywitał nas serdecznie już w progu, od razu oznajmiając, że jak tylko znajdziemy chwilę, to on nam z checią pokaże kamienie szlachetne, które sam szlifuje i w dobrej cenie może je nam sprezentować. Generalnie Bawa nie może ustać w miejscu, chodzi w te i nazad, kontrolując wciąż sytuację, czy wszystko jest ok. Ale człowieczyna to w stu procentach niegroźna i naprawdę miło było nam być w jego domu. Podbiliśmy jego serce opowiadając o naszym pobycie w Bangladeszu, i co najważniejsze, życząc miłego święta końca ramadanu, które właśnie wypadało w dzień naszego tam pobytu. Ale co jest w Haputale?
Haputale, Drodzy Państwo, to kraina herbatą pachnąca. Gdzie okiem siegnąć rośnie herbata. Tym razem mamy więcej szczęścia niż w Bangladeszu, czy Indiach, kiedy to na czas zbiorów było jeszcze za wcześnie. Tutaj jesteśmy w sam raz. By dostać się do samego serca herbacianych wzgórz bierzemy pracowniczy autobus, który zawozi nas pod same drzwi fabryki. Kurs jednak jedzie dalej, czyli wyżej, z czego od razu korzystamy. Lepiej telepać się osiem kilometrów w dół niż pod górę. Tym sposobem wysiadamy niedaleko Lipton’s Seat, znanego punktu widokowego na plantację. Przynajmniej jako najbardziej znany na świecie reklamują go co chwilę mijane napisy na murach. O takowym miejscu słyszymy po raz pierwszy w życiu, no ale… przyjmimy, że właśnie na Sri Lance jest taki słynny. Z widoków oczywiście nici, bo chmurwy zakrywają całe niebo, widoki i herbatę. W ramach wynagrodzenia fundujemy sobie po kubku świeżej herby…z plantacji Liptona. Właśnie z tej plantacji, zwanej Dambatenne, Thomas Lipton, rozpoczął sprzedaż herbaty na świecie. I teraz żółta paczuszka w niejednej kuchennej szafce stoi.
Okolica tak nam się podoba, że zostajemy chwilę dłużej niż przewidywaliśmy. Ku wielkiej uciesze pana Bawy, który już zdążył zaplanować nasz pobyt na cały tydzień! Ale z okolicznych atrakcji jakie oferuje Haputale, najważniejsza jest dla nas herbata. Wracamy zatem na plantację. Tym razem udaje nam się podpatrzeć kobiety przy zbieraniu liści (tylko jasno zielonych, mięciutkich), które tak jak na reklamie- robią to ręcznie. W Malezji, plantatorzy poszli nieco z duchem czasu i używają do tego specjalnych kosiarek. Udało nam sie dowiedzieć od tzw. Watchera (od “watch”- patrzeć; oficjalna nazwa pełnionej funkcji, używana przez lokalnych), że dziennie jedna kobieta zbiera ok. 18kg i dostaje za to 510 rupii (czyli niecałe 5$). Pracowniczy dzień trwa siem godzin z przerwą na lunch, zawsze w południe, kiedy słonko najbardziej daje po głowach. Przed lunchem i na koniec dnia odbywa sie ogólne ważenie i skrzętne adnotacje Pana Watchera do kajetu. Gość swoją drogą jest łatwo rozpoznawalny- czarny but (większość kobiet pracuje boso), biała skarpeta po kolana i generalnie mało sympatyczny wyraz twarzy.
Aż trudno się rozstać z Bawą i jego żoną- takie pyszne mango curry nam co wieczór gotowała. Ale cóż zrobić. Czas na nas. Jedziemy dalej w stronę wschodzącego słońca.
Napisane w Sri Lanka | Otagowane Adam's Peak, Azja, Cejlon, cena herbaty, Ceylon, Dalhousie, Dambatenne, Elle, Haputale, herbata, herbata zbierana ręcznie, Hutton, Kandy, Lipton, Lipton Seat, liść, nikamon, nocleg na Sri Lance, plantacja herbaty, Podróż, Sri lanka, Sri Lanka blog 2011, Sri Pada | 1 komentarz »
Z lotniska wychodzimy z niemałą ulgą. Póki co, to byłoby na tyle naszych podniebnych wzniesień. Jeszcze tylko dotrzeć do jakiegoś przyjemnego miejsca i na chwilę zapomnieć o przemieszczaniu się. Po 3 dniach przepraw autokarowo – lotniskowo – samolotowych, dwóch wielkich molochach – Bangkoku i Kuala Lumpur potrzebne nam jest pełne zregenerowanie sił, bo przy obecnym stanie ciała i ducha sen wkrada się pod powiekę niepostrzeżenie i trudno nam stwierdzić, co dzieje się naprawdę i z jaką prędkością.
Po drodze do wyjścia mijają nas tłumy z bagażowymi wózkami. Przez myśl przemykają czasy baltony i kupowanych za dolary peweksowskich luksusów, bo na wózkach zamiast przepastnych waliz i podróżnych tobołów, piętrzą się kartony ze sprzętem gospodarstwa domowego. Lodówki, pralki, telewizory, sprzęt grający… Czy to taki srilankański sposób walki z systemem – kupujesz bilet lotniczy możesz wyposażyć mieszkanie we wszystko czego dusza zapragnie.
Już przy drzwiach dopadają nas taksówkarze. Jak do Negombo to tylko 800 rupii. Tylko?! Zależy dla kogo, drogi panie! W zamian wsiadamy do lotniskowego autobusiku, który już po chwili i za zupełne darmo odstawia nas na najbliższy dworzec. Autobus numer 240 – ten do Negombo już prawie pełen. 50 rupii, niespełna godzinka i wysiadamy na niewielkim dworcu w miasteczku. Lepka czerwona ziemia szczelnie okleja nam stopy. Dookoła wszyscy biegają jak szaleni w poszukiwaniu schronienia. Właśnie świat rozmył się w strugach tropikalnego deszczu. Kokosowe, wysokie palmy szarpane silnym wiatrem kojarzą się jednoznacznie – ze zdjęciami widzianymi zazwyczaj w telewizyjnych wiadomościach, pokazującymi szalejące tajfuny i tornada. Na szczęście to tylko niewielka burza, ale i tak ciarki przechodzą po plecach.
Szybko pędzimy do tuk – tukarzy tuż obok. (Rada: o ile nie leje jak z cebra, tuk- tukarzy i taksówkarzy stojących tuż przy dworcach lepiej ominąć szerokim łukiem i łapać tych już w ruchu na ulicy! Szybciej zgadzają się na niższą stawką, bo po prostu na ulicy nie ma czasu na targowanie, a silnik jest już odpalony.) Chwila moment i jesteśmy poza miasteczkiem, tuż przy “ulicy plażowej”, gdzie same hotele i restauracje typowo turystyczne się mieszczą. Negombo, a właściwie jego dzielnica nad samą wodą, jest miejscem witającym i żegnającym turystów Sri Lanki. Położone stosunkowo niedaleko od lotniska wydaje się mieć tylko funkcję przeładunkową. Stolica Sri Lanki – Colombo zdecydowanie przegrywa w tym aspekcie.
Od jednego guest house’u do drugiego rośnie lekko poddenerwowanie, bo już dawno nie mieliśmy okazji przystania na stawkę za nocleg 15$ plus 10% opłat serwisowych. O tym, że Sri Lanka jest krajem droższym od reszty Azji, którą do tej pory odwiedziliśmy, dowiedzieliśmy się już po fakcie (jak zawsze z resztą), gdy bilety lotnicze zostały zapłacone. Przygotowaliśmy się na ten stan rzeczy od jakiegoś czasu (jak to wrodzone sknery). Zakupiliśmy przewodnik z 2009 roku, w którym ceny owszem wyższe niż w innych krajach, ale bez paniki. Na miejscu jednak trochę nas spięło, bo okazuje się, że stawki z przed dwóch lat już dawno nieaktualne, wzrosły dwukrotnie albo nawet więcej! Hotelik może czysty , z egzotycznymi mebelkami z czasów kolonialnych i na plaży tuż przy wodzie, ale to wciąż jest Azja, mała wyspa prawie na końcu świata i brudne, robotnicze, mało atrakcyjne Negombo! Rząd Sri Lanki postanowił widać wszelkie koszta niedawnych wojen i kataklizmów zrzucić głównie na zagranicznych turystów. (Co z drugiej strony, patrząc na rozmiar wyspy i jej potrzeby, nikogo nie powinno dziwić, ale w tym momencie wydawałoby się, że każdy obywatel Sri Lanki powinien być zamożnym człowiekiem lub prowadzić przyjemny, nie strudzony żywot)
W samym miasteczku niewiele jest do roboty. Zgiełk i kurz. Jedyną atrakcję architektoniczną – fort z czasów kolonizatorów Holendrów, zamieniono na więzienie. Jest jeszcze market rybny, do którego zbędne są kierunkowskazy – miejsce czuć na długo przed zobaczeniem! Na wielkich czarnych foliach suszą się rozmaite gatunki morskich stworów. Czarne ptaszydła też mają przy tym niezłą ucztę, bo co dziwne na tutejszych plażach nie spotyka się, tak charakterystycznych dla naszych stron – mew. Tylko czarne wrony i kruki, milusio śpiewające o poranku.
Najprzyjemniej obserwuje się, jak zawsze, ludzi. Szczupłe, czasem wręcz anorektyczne, kobiety w nieco falbaniastych spódnicach, do tego kolorystycznie dopasowana bądź nie, zapinana na guziki bluzka. Trochę inna epoka i odizolowanie… ale swoisty charakter bez dwóch zdań. W głowach mieliśmy wyobrażenie o większych indyjskich wpływach zarówno na modę jak i zwyczaje. Kolorowe sari pojawiają się sporadycznie, podobnie jak świątynie hinduski. Kościoły jednak co 300 metrów! Nie bez przyczyny Negombo zwane jest czasem drugim Rzymem! Portugalczycy i cała reszta kolonizatorów, która pojawiła się na wyspie zrobiła widać swoje. Ludzie zdecydowanie bardziej przyjaźni niż na Subkontynencie Indyjskim. Spokojniejsi. Dzieciaki też przywykły do Bladego człowieka. Na nasz widok wszystkie jak na komendę: “one pen, one bon-bon, one dolar”. Trudno nam do tego przywyknąć.
Wędrujemy po plaży tam i z powrotem, i z nie smaczeniem. Piasek mało rajski, co jeszcze bardziej potęguje czarna maź wyrzucana na brzeg wraz z wodą – tuż obok mieszczą się statki i kutry rybackie skutecznie zanieczyszczające okolicę. Na niezadowolenie odnośnie śmieci walających się po plaży, sprzedawca muszelkowych pamiątek stwierdza, że to przecież natura i, że z wody! No co ty stary!!! Jaka natura?! Te butelki, papiery i plastikowe klapki, nikomu już nie potrzebne! O zwykłym plażowaniu też trudno myśleć, bo rozebrawszy się do stroju, próbując wejść do wody, można z łomotem przepaść przez wybałuszone gały i opadłą szczękę naturalnego mieszkańca okolic – sri lańskiego mężczyzny. Podobnie jak w Indiach – bladotwarza kobieta i to jeszcze w stroju kąpielowym… to niesamowite zjawisko porównywalne do Słonecznego Patrolu, najlepiej oglądane z 2 metrów i na naszym ulubionym- stand-baju.
Pierwsze koty więc za płoty… może pesymistycznie to wszystko zabrzmiało, ale musicie pamiętać, że po trzech nieprzespanych nocach trudno spojrzeć na świat wyrozumiałym dla niego okiem, a wszystkie straszydła, które zazwyczaj tylko nocą wychodzą, wydając się znacznie większymi i upiorniejszymi, wylazły właśnie tu i teraz, pierwszego dnia na Sri Lance, więc pora odpocząć! Wyspać i przestać marudzić! Przed nami cała reszta srilankańskich pięknych krain, a nie można oceniać wszystkiego z perspektywy jednego miejsca. Jutro ruszamy! Ku nowej przygodzie…
Napisane w Sri Lanka | Otagowane Azja, Cejlon, Colombo, dominika markiel, fotografia podróżnicza, kolonia portugalska, lotnisko na Sri Lance, Negombo, plaża, Podróż blog, Sri lanka, Sri Lanka blog, szymon kamiński, wyprawa blog | Zostaw Komentarz »
Nocnym autobusem z Chiang Mai rozpoczynamy nasz kilkudniowy maraton przez świat, strefy czasowe i kulturowe. Otuleni w firmowy kocyk linii przewozowych mkniemy tajskimi autostradami do samej stolicy. Mamy niecałe 24 godziny do wykorzystania, więc pierwsze nasze kroki prowadzą nas do molocha największego zakupowego jakim jest MBK. To nie błyszczące wystawy drogich sklepów ani też całe pietro wypchane aparatami nas tu ściągają, a darmowa…przechowalnia bagażu! Miejsce to niesamowicie dogodnym jest, gdyż przy samej stacji metra, co w kierunku lotniska swoje tory ma.
Zwalamy plecory po godzinie oczekiwania na otwarcie samego sklepu i kolejnej na otwarcie przechowalni. No cóż. Nie przewidzieli najwidoczniej klienteli z dużym bagażem o tak wczesnej porze. Raczymy się pysznym wegetariańskim śniadankiem i ruszamy w miasto. Bangkok ku naszemu ździwieniu, w przeciwieństwie do północy, słońcem rozpromieniony. Rozpromieniony do tego stopnia, że korzystamy z każdej ocienionej opcji przystankowej. Załatwiamy kilka spraw, które do załatwienia w stolicy nam zostały. W okolicy “Paszczy Lwa”, czyli Kao San wymieniamy przewodnik do kraju następnego i biegiem stamtąd uciekamy. Kolesie w rozchełstanych koszulach bądź w ich zupełnym braku. Ich panny rozchełstane i ich bycie rozchełstane. Jakby pierwszy raz w życiu na wakacjach byli, i wszyscy dookoła wiedzieć o tym powinni.
Odwiedzamy kilka miejsc, których odnaleźć nam się ostatnio nie udało. Wszystko sprawnie tym razem, bez szukania i blądzenia. Jakbysmy tu całe miesiące byli. Wiemy ju,ż do którego autobusu wsiąść i gdzie przesiąść się na metro. Bangkok jest do ogarnięcia. Nawet dla takich anty-molochowych wypłochów jak my.
Noc spędzamy na lotniskowej ławie. Samolot do Kuala Lumpur chwilę po 6 nad ranem, więc nie było sensu szukać gdzieś hotelu. Mieliśmy nadzieję na lotniskowe wi-fi, jednak nic z tego. Te czasy już minęły. Tak więc obieramy miejscówę na levelu drugim, na końcu korytarza. Jest kontakt z prądem i zacisze. Chyba że ma się pecha jak my, gdy akuratnie nasz kawałek podłogi zostanie wytypowany na ten do czyszczenia. I wydawać by się mogło, że ktoś zamiecie, zmyje i po sprawie. Co najwyżej przejedzie tym mini samochodzikiem ze szczotkami zamiast kół. Ale nie! Wyobraźcie sobie, że 16m2 (nie dowierzając własnym oczom, policzyłem kafelki)można pastować, suszyć, polewać wodą, pastować i polerować przez bite 5 godzin! Taka nadgorliwość pracownicza to chyba tylko tutaj.
Więc nikogo nie powinno dziwić, że lot do Malezji minął nam raczej w trybie OFF, czyli śpiącym. Chcieliśmy się spotkać z kolegą Alim z Iraku, co go poznaliśmy podczas naszej ostatniej tu wizyty. Tego niestety z kraju wywiało. Co by nie kisnąć przez kolejny dzień i noc ponownie na lotnisku decydujemy się na wypad do miasta. Ale kto by jechał na kilka godzin do miasta z całym majdanem? Oczywiście…że my. A to tylko dlatego, że lotniskowa przechowalnia bagażu (to że nie darmowa, to można przeboleć), ale są pewne granice przyzwoitości cenowej za przeleżakowanie kilkunastu kilogramów bagażu. Za nasze palecaki, kwalifikujące się już do kategorii XL, musielibyśmy zapłacić prawie 80zł. Chyba lekko ktoś przesadził.
W centrum wiemy już co i jak. Gdzie na śniadanko z herbatką z pianką, gdzie do sklepu a gdzie do metra. Już na lekko (plecaków pozbywamy się rzecz jasna w centrum handowym) z Edwardem pod pachą jedziemy pod Patronas Towers, coby dzień jakoś zleciał. Edward oczom się nie mógł nadziwić, po co ludziom takie wielkie wieże. My niestety też wytłumaczyć tego nie potrafiliśmy. W stolicy gorąc okrutny, więc przez większość dnia leżakujemy w cieniu dwóch wież w oczekiwaniu na wieczór.
Kolejna noc na lotnisku i kolejna niespodzianka. Nasza miejscówa noclegowa zlikwidowana! Jakies przebudowy, nowe ściany i w ogóle. Czy aż tyle się tu pozmieniało przez 8 miesięcy? Ale wifi jak było tak jest. Co zdecydowanie urozmaica nasz lotniskowy byt. Czujemy się już lekko zmęczeni…
07:15 Lejdis & Dżentelmens! Łelkom to Colombo Internaszynal Ejport. Endżoj jor stej in Sri Lanka!
Napisane w Malezja, Sri Lanka, Tajlandia | Otagowane Azja, blog, blog podróżniczy, dominika markiel, lotnisko, Malezja, przechowalnia bagazu w Bangkoku, Sri lanka, szymon kamiński, Tajlandia, tanie podróżowanie | Zostaw Komentarz »