Powrót Nikamona!

Uwaga, uwaga!

Ogłaszamy powrót Nikamona w podróży, czyli:

plakat slajdy

Kto ma blisko lub po drodze, chce, może albo nie ma jeszcze innych planów…

Wstęp wolny!

Do zobaczenia w niedzielę!

Dominika i Szymon

Smaki w podróży

Jedzenie jest nieodłączną przygodą każdej naszej podróży. Smakować nowości lubimy niezmiernie. We własnej kuchni eksperymentujemy często i zawsze gotujemy na zapas. Śmiejemy się, że bez mielenia nie jesteśmy w stanie wytrzymać nawet dwóch godzin. Taka nasza natura żarłoków. Zdarza się, że nie pamiętamy nazwy miejscowości, przez którą przejechaliśmy, zabytków i atrakcji w niej zwiedzanych za to ślinianki szybciej zaczynają pracować na myśl o pysznościach, jakie mieliśmy okazję tam pochłonąć.

Gdy w czerwcu 2010 roku rozpoczęliśmy naszą podróż po Azji już od kilku lat nie jedliśmy mięsa (jedliśmy ryby i owoce morza). Miesiąc spędzony w Mongolii praktycznie zmusił nas do zmiany tego nawyku. Z początku było to z oporem, ale teraz wiemy, że tubylcza kuchnia jest nieodłączną częścią poznania danego kraju. Czym byłaby Mongolia bez intensywnego smaku i zapachu baraniny, która jest jej nierozerwalną częścią?! Pyszne, pszenne placki nadziewane baraniną, czyli buriackie szarabiny po mongolsku zwane chuszurami pamiętamy do dziś. Później różnorodne Chiny dały nam więcej warzywnych możliwości, ale wciąż od czasu do czasu smakowaliśmy mięsnych specjałów. Tak samo tajskie cuda przyrządzane na woku z pokrojoną cieniutko wieprzowiną lub pyszna słodko pikantna zupa na mleczku kokosowym Kao Soi. Wietnamskie bun bo nom bo również spędza nam sen z powiek, a choć drobne skrawki mięso również zawiera.

lody na patyku

lody na patyku

Podróżując po Azji często tęskniliśmy do naszych ulubionych domowych, często zwykłych, bardzo prostych dań. Ulubioną zabawą, gdy byliśmy już bardzo zmęczeni, albo bardzo głodni, a o zjedzeniu czegokolwiek mogliśmy z różnych powodów tylko pomarzyć, była zabawa „co byś teraz zjadł – realne (czyli lokalnie dostępne potrawy) lub całkowicie nierealne, czyli wszystko to, co zostawiliśmy w domu 🙂 Trochę okrutne zwłaszcza, gdy w brzuchu prawdziwe gwiezdne wojny się rozgrywają, ale rozmowy o jedzeniu należą do naszych ulubionych tematów i zdarza się, że praktycznie natychmiast przenoszą w inną czasoprzestrzeń i pozwalają całkowicie się zapomnieć. Zwykłe wspomnienie kanapki ze świeżego chleba z masłem i żółtym serem sprawiała euforyczne wybuchy, a jakby jeszcze na to pomidorka… rozkosz nieznająca miary – zwłaszcza w Chinach, gdzie żółtego prawdziwego sera się nie jada!

DSCN4411

W Indiach również są potrawy, o których czasem zdarza nam się śnić po nocach. Każda prowincja jest niczym nowy kraj, często z zupełnie innymi smakołykami.

DSC_8048_1600x1063

Niezliczona ilość aromatycznych przypraw, pyszne wielorakie owoce i warzywa dają niewyobrażalne możliwości kulinarne. Wszechobecne nadziewane warzywami samosy, kiczuri czy pakory to nierozerwalna część krajobrazu. Rozczarowało nas jednak uliczne thali, czyli talerz z ryżem i kilkoma różnymi wersjami warzyw z curry, podawane z curdem, świeżymi warzywami i nieodstępnym chlebkiem roti lub nan. Jedzone w ulicznych dabach często powodowało poważne w skutkach problemy trawienne, które wymuszały na nas nawet tygodniowe postoje. Małe restauracyjki prawie zawsze podają ten sam, mało zróżnicowany, podstawowy zestaw warzyw. Teraz jeżdżąc po Indiach staramy się unikać przyulicznych dabh z lokalnym jedzeniem (zwłaszcza tych, na których zatrzymują się dalekobieżne autobusy), a szkoda, bo mieliśmy wielką nadzieję, że uliczne specjały Indii będą naszymi ulubionymi tak, jak smaki Tajlandii, Birmy czy Chin, o których nie możemy zapomnieć. Najlepsze thali jakie mieliśmy okazję spróbować to to przyrządzane oczywiście w domach i przede wszystkim pyszna kuchnia mamy z Amristaru.

DSC_8245_797x1200

Jej okra (ladies fingers) tak nam zasmakowała, że teraz już nie ma problemu z wyborem warzyw na kolację, gdy jedziemy z wizytą – ladies fingers są na pierwszym planie.

DSC_7962_797x1200

W gorącym, dusznym klimacie Indii nic nie potrafi tak nasycić i ugasić pragnienia jak pyszne mleczne lassi. Teraz już też wiemy, że te najlepsze sprzedawane są w ważniejszych ośrodkach religijnych Indii, gdzie natężenie świętych krów jest tak duże, że mleko mogło by płynąć ulicami.

lassi

lassi

Haridwar, Waranasi, Amristar, Jaipur ma tak pyszne lassi, że można je jeść wiadrami, a jeszcze posypane migdałami, wiórkami kokosowymi, szafranem…. pycha!

Okrągła ociekająca syropem kulka - gulab jamun

Okrągła ociekająca syropem kulka – gulab jamun

 

Hinduska kuchnia nie może się obyć bez słodyczy i może trudno w to uwierzyć, ale słodycze w Indiach mają inny od naszego wymiar słodkości! Jedna niewielka, ociekająca cukrowym syropem kuleczka gulab jamun stawia do pionu w nawet najbardziej gorący dzień, ale po dwóch można już dostać zapaści. Gdy do naszej rodzinki z Amristaru przywieźliśmy rodzime ptasie mleczko było ono dla nich za mało słodkie! Do naszych ulubionych należy też podawany w mlecznej, aromatycznej serwatce serek paneer zwany  rasmalai.

pyszne rasmalai

pyszne rasmalai

No i oczywiście obowiązkowy i wszędobylski chai, czyli piekielnie słodka herbatka z mlekiem, najlepsza z wczesnoporannych stoisk podawana w małych porcelanowych kubeczkach, w chłodniejszych stronach koniecznie z kardamonem!

wegetariańska wersja burgera, Bujh, Gudźiarat

wegetariańska wersja burgera, z cieicerzycą, kolendrą, płatkami różanymi i kokosem, Bhuj, Gudźiarat

wsad do burgera przed podaniem

wsad do burgera przed podaniem

DSCN4445_1600x1200

Najlepsze tybetańskie momosy z białą kapustą i paneerem w środku, podawane z zupą, sosem sojowym, sosem chilli, Manu Market, Manali

 

Puri na koniec

Indyjska część tegorocznych zakupów dobiegła końca.Wszystkie cenne, orientalne cudeńka spakowane czekają na papierologię i wysyłkę. Dla nas przyszła pora zobaczyć coś nowego w Indiach, wszak o to przecież nam chodziło, żeby obowiązek łączyć z pasją, a zakupy z podróżami. Dni zostało tylko kilka, więc za daleko nie możemy się zapuszczać. Północne Indie już znamy prawie na pamięć, więc potrzeba nieznanego mocno myśli wierci. Wylot mamy z Kalkuty, otwieramy mapkę… pada na Orissę i małe nadmorskie miasteczko – Puri. Na indyjskiej plaży też nas jeszcze nie było, choć mając na uwadze „rajskie, najpiękniejsze plaże w Bangladeszu” i znając już zwyczaje indyjskie, nie spodziewamy się ujrzeć niczego powalającego. Sprawdzić jednak trzeba.

słynne żółte Ambasadory. Kalkuta.

słynne żółte Ambasadory. Kalkuta.

Ucząc się na własnych błędach i nie chcąc utknąć w bezsensownym miejscu z braku biletów na dalszą jazdę, już w Delhi zabukowaliśmy pociągi na całą resztę podróży: Delhi- Darjeeling- Kalkuta- Bhubaneswar, a stąd już tylko 2 godziny do Puri, więc jakoś sobie poradzimy (do samego Puri z Kalkuty pociąg odwołano). No i w ten sposób myśląc o indyjskich połączeniach w polski sposób z własnej, przez nikogo nieprzymuszonej woli utknęliśmy na pół dnia na dworcach w Kalkucie… kolejna lekcja: zawsze sprawdzić czy nie ma długodystansowych pociągów przecinających miejscowość docelową (długodystansowy pociąg w Indiach to taki 24 godziny i więcej)!

Na kalkuckiej Sealdah byliśmy kilka chwil przed 8 rano. Pociąg spóźnił się jakieś 2 godziny, ale to w Indiach jest normalne i nikt się temu nie dziwi. Kolejny pociąg odjeżdża z położonego po drugiej stronie rzeki dworca Howrah. Wyminęliśmy szczelną zaporę kierowców-naciągaczy autoriksz i taksówek, i mkniemy do postoju pre-paid taxi (kurs z dworca Sealdah do Howrah-150 rupii). Stoimy w ogonku i juz mamy płacić, gdy z czeluści całego dworcowego chaosu wyłania się niebieski gruchot – miejski autobus z wyraźnymi napisami Sealdach-> Howrah! Tym samym w 20 minut za całe 7 rupii od osoby dostajemy się na miejsce. Czasu jeszcze sporo zostało, tym bardziej że pociąg opóźniony już na starcie o godzinę!

przejazd indyjskim klasykiem z dworca na lotnisko-250 rupii

przejazd indyjskim klasykiem z dworca na lotnisko-250 rupii

Żar leje się z nieba, a nam po pociągowej nocy oczy poważnie się kleją. Zmieniamy miejsce raz po raz jak te bezpańskie psy dworcowe, a to dla zabicia czasu i aby mieć wrażenie upływającego czasu lub też po prostu przeganiani przez policjantów pilnujących porządku na dworcu i aby nikt na schodach przejścia nie zastawiał. Nie chcą zrozumieć, że właśnie tam jest jedyny jakikolwiek drobno wyczuwalny przewiew. Cała masa ludzkich ciał wyczekująca na swoje opóźnione pociągi już powoli nie mieści się w budynku, podwieszone pod sufitem wiatraczki nie wyrabiają i zaduch robi się ogromny. Siedzimy marudząc pod nosem, dlaczego nie spojrzeliśmy na pociąd jadący bezpośrednio z Siliguri do Puri, przez to na własne życzenia utknęliśmy w Kalkucie na śmierdzącym dworcu! A śmierdzi zmiennie. Raz tym o czym wcześniej pisaliśmy – tradycyjnie jak na dworcu w Indiach, ale przez to wszystko z wolna co raz bardziej

łodzie rybackie.

łodzie rybackie.

podśmierduje… rybą i nie są to wonie falowe, tylko takie wszędobylskie. No i trochę nam to nie pasuje do dworcowych okolic Kalkuty. Może jakieś specjały do knajpek dworcowych przywieźli?! Gdy nasz długi chyba na kilometr pociąg wtacza się na peron, zaczynamy rozumieć skąd ten rybny odorek się bierze! Pociągi taki jak nasz jadący czasem, aż do Chenai lub jeszcze dalej, przewożą świeże, morskie ryby! O ile ryba szczelnie zapakowana w styropianowe pakunki, jadąca bez opóźnień 45 godzin do miejsca przerzutowego może być świeża!

z kupą w tle.

z kupą w tle.

W Bhubaneswar mieliśmy być o 21-szej, ale jak  już wiemy punktualność pociągów w Indiach to rzecz bardzo względna. Na miejscu zawitaliśmy równo o północy, więc ze słabym bardzo przekonaniem rozpoczęliśmy wędrówkę po ciemnych już  ulicach miasteczka w poszukiwaniu noclegu. Godzinę nam zeszło na tych marszach, wszystkie hotele pełne lub zamknięte na cztery spusty. Wróciliśmy więc na dworzec, który pomimo późnej pory pustkami nie świecił. Zasiedliśmy więc po środku innych koczujących i no i myślimy. Na tablicy ogłaszającej przyjazdy i odjazdy wciąż coś się zmienia, pani przez głośnik słodką mową wciąż nadaje, więc może jest jakś nocny pociąg do Purii… Szymu pyta pana z okienku informacji, które o dziwo o tej porze jeszcze działa i po chwili wraca z dwoma biletami na najtańszą klasę (zazwyczaj pierwszy i ostatni wagon pociągu, ten do którego na głównych dziennych trasach raczej nie ma szans się wepchnąć, a ludzie wiszą już poza wagonem dzielnie trzymając się drążków. Tylko takie można dostać od ręki, bez wczesniejszej rezerwacji) – 37 rupi za osobę za 2 godziny jazdy. Super! Pociąg mamy więc o 2.30, więc za godzinę odjazd! po doliczeniu obowiązkowego spóźnienia wystartowaliśmy o 4 🙂 Nawet o tej porze musieliśmy sobie pomóc łokciami w walce o miejsce siedzące.
Gdy o 7 rano wpakowliśmy się do pokoju małego hoteliku przy samej plaży, dosłownie padliśmy ze zmęczenia na twarz, leżąc tak do późnych godzin popołudniowych i żadna siła  nie była w stanie nas ruszyć. Nawet szum pobliskiego oceanu.

Świątynia Słońca w Konark. Wpisana na World Heritage Site.

Świątynia Słońca w Konark. Wpisana na World Heritage Site.

Puri, jak już się wcześniej domyślaliśmy to kurorcik w hinduskim wydaniu. O spokojnych, pustych i przede wszystkim czystych plażach raczej można zapomnieć. Lokalni amatorzy oceanicznych kąpieli – część męska można powiedzieć pływająca, część żeńska pełne zanurzenie w pełnym rynsztunku, czyli w sarii, w tym wypadku może i pięknie kolorowym, ale skutecznie działającym jak kula u nogi. Plaża brudna, bo zwyczajem Hindusów jest wyrzucanie wszystkiego gdzie popadnie. Spokojne spacery raz po raz zakłócają chętni na dobrze znany nam „one snap”.  Przechadzki o poranku, gdy jeszcze spokojniej, też odpadają, chyba że ma się ochotę oglądać społeczność pobliskiej wioski rybackiej w kucki oddającej się rozkoszy porannej toalety (w tym wypadku nawet butelki z woda nie trzeba nosić – ocean wszak wszystko spłucze). Szymu raz nawet ośmielił się wejść na terytorium rybaków, ale szybko, w dość znaczący sposób, poinformowano go, że jest intruzem. Tak to pobierając

Świątynia Słońca, Konark.

Świątynia Słońca, Konark.

ayurwedyjskie nauki od osiadłej na stałe w Iniach Niemki z pokoju obok, kosztując kąpieli w ciepłych wodach Zatoki Bengalskiej i doświadczając jako-takiego wytchnienia w nadoceanicznym indyjskim kurorciku przyszło nam zakończyć indyjską część zakupów. Przed nami Tajlandia! Oj, już się nie możemy doczekać!

Pociąg.

Przygoda zaczyna się już w głównym hall’u dworca. Nieważne czy to dworzec w Delhi, Radżastanie, czy Zachodnim Bengalu. Schemat i otoczka jest raczej ta sama, zawsze przewidywalna i rzadko kiedy odbiegająca od jakby ustalonej od lat formy.

Bramki… takie jakie znamy z lotnisk, wykrywające obiekty powszechnie uznawane za niebezpieczne i oficjalnie podróżnym zakazane. W Indiach obecne przy każdym wejściu, o wątłej konstrukcji i jakże wątpliwej wykrywalności w/w materiałów niedozwolonych. Do tego machina rentgenowska, OBOWIĄZKOWA dla prześwietlenia ton tobołów każdego podróżnego. Jak machina to i mechanik maszyny, w postaci znudzonego (jeśli nie śpiącego) policjanta, wpatrzonego uważnie w ekran… swojego telefonu.

Nie zapominajmy o ważnym i nieuniknionym slalomie wśród podróżnych oczekujących na swój pociąg! Można pomyśleć , że wszyscy Hindusi wpadli na ten sam pomysł co my i właśnie na dziś zaplanowali wyjazd. Nieprzebrana ilość ludzkich ciał, pojedynczych, bądź zbitych w rodzinne obozowiska, rozrzuconych gdzie bądź na całej powierzchni dworca. Od wejścia do

slumsy przy wjeździe do Delhi

slumsy przy wjeździe do Delhi

peronów…a tych w Indiach potrafi być nawet 20. I tutaj naszą uwagę przykuwają znane nam  raczej tylko ze sklepowych półek kolorowe opakowania produktów wszelakich…. najczęściej cukierków M&M… lecz w zupełnie nowej i jakże niedocenionej formie! W postaci półproduktu (jeszcze jako całość), niczym koce piknikowe, rozpostarte na dworcowej posadzce. Trzeba pamiętać, że opcja ławki jest raczej mało spotykana (zresztą ilość siedzeń musiała by się równać przynajmniej ze stadionem narodowym), i dodatkowo utrudniałaby przepływ podróżnych. Są oczywiście poczekalnie, z jakiś względów mniej oblegane- z wyraźnym podziałem na podróżnych z biletami na klasy droższe i tańsze. Również dla samotnie podróżujących Pań też coś się znajdzie- osobna poczekalnia również jest!

Tak więc siadamy tak jak wszyscy, niestety nie wyposażeni w M&M’sowe płachty, w bezpiecznej odległości od torów- głównie ze względów higienicznych (wszelaka fauna i flora, wysoce rozwinięte kultury bakterii biorą górę) z uważnie wyszukanym miejscem, wolnym przede wszystkim od, nie owijając w bawełnę- gówna. Jeśli nie psiego to ludzkiego. O śmieciach nie wspominając, bo tych uniknąć jest naprawdę trudno.

Jeśli szczęście dopisze, pociąg jest na czas. Może się jednak zdarzyć tak, że nawet ze stacji początkowej takowy odjeżdża 3h później. I tu, co ciekawe, nikt się nie wścieka, nikt pod nosem nie rzuca mięchem. Sytuacja dobrze znana i powszechna, jakby wpisana w cały podróżniczy pakiet.

w drodze do pracy.

w drodze do pracy.

Nadchodzi godzina „W”, pociąg spóźniony bądź nie, wtacza się mozolnie na peron. Wtacza się długo, bo i peron i pociąg długi. Może jeszcze nie gwałtownie, aczkolwiek na pewno z wyraźnym ożywieniem zaczyna się roszada w poszukiwaniu odpowiedniego wagonu. Często (co jest naprawdę zaskakujące, że taki patent jest i działa) perony są podzielone na sektory odpowiadające nr wagonu, co przy ilości kilkudziesięciu takowych naprawdę usprawnia i skraca czas wsiadania). Prawdziwy szał zaczyna się przy drzwiach. Kto pierwszy ten lepszy, trzeba się pchać i rozpychać ile można. Nieistotne, że każdy i tak ma swoje przydzielone na bilecie miejsce!

Pociąg rusza, wraz z nim czas. Chciałoby się powiedzieć, że z każdą godziną, jesteśmy bliżej celu, ale to akurat jest względne. Wskazówki zegarków jakby ospałe i leniwe, zawieszone w bez grawitacyjnej próżni, nie mierzą czasu tak jakbyśmy tego chcieli… niemiłosiernie go przeciągając. Jest czas zewnętrzny, regulowany porami dnia, wschodem i zachodem słońca; i czas pociągowy…ustalany mijanymi stacjami, momentami na jedzenie i spanie. Te dwa jednak, rzadko ze sobą idą w parze, tak jakby nasz palnowany czas podróży tego chciał.
Bez względu jednak na porę dnia czy nocy, ZAWSZE można poraczyć się czaiem, sokiem czy wodą. Nie wspominając już o wymyślnych snackach i przegryzkach, których menu reguluje obecne położenie pociągu w trasie. Znane nam dobrze z polskich pociągów „piwojasnepiwoooo” wyrzucane jednym ciągiem przez trzy przedziały, tu nabiera formy „czaaaj…garam czaaaaaj” (herbata…. gorąca herbata) lub też nasze ulubione „tandapanibottlemangojuice” (kryjące w sobie ofertę zimnej wody w butelce lub soku mango).

Skóra z wolna wchodzi w reakcje z jakże przyjaznym i wszechobecnym obiciem typu skaj. Ciągłe mycie rąk i twarzy też za wiele nie daje, bo w czasie przejścia z toalety na swoje miejsce, jakże czyste i umyte rączki momentalnie wracają do stanu pierwotnego…

Toaleta…temat rzeka. Uwaga, bo jest w czym wybierać. Kibelków na wagon mamy aż cztery i to w dwóch rodzajach. Dobrze nam znany- zachodni, z miejscami siedzącymi (jeśli ktoś się odważy) i klasyczny indyjski squat- czyli w wolnym tłumaczeniu- narciarz. I tu, proszę państwa, dziwcie się lub nie, szczerze zachęcam do korzystania właśnie z tego modelu- nie wymagającego jakichkolwiek kontaktów fizycznych z otoczeniem. No może oprócz metalowej rączki kiedy bardziej buja. Nie mogę się pohamować, by nie przytoczyć obrazka, zaobserwowanego podczas jednej z dłuższych przepraw: Kobieta z dzieckiem (wiek ok 7-8lat)- o doskonale już w tym wieku opanowanym balansie ciała, władającym obiema nóżkami (dlatego też nie wymagającym do końca pomocy osób trzecich (czyt: matka) oraz zdarzeń wynikających za chwilę) Otóż, po co korzystać z toalety, w tym przypadku dziury, oddalonej o zaledwie 50cm od progu drzwi, kiedy można najzwyczajniej w świecie odlać dzieciaka od razu na podłogę, bez potrzeby wchodzenia do środka! To przecież nóż otwiera się w kieszeni! Już nie dałem rady i w czystej polszczyźnie zwróciłem kobiecinie delikatnie uwagę.

gdzieś po drodze.

gdzieś po drodze.

Patentów na przetrwanie dłuższych podróży pociągowych jest kilka. Naszym najnowszym odkryciem jest gotowana jeszcze w hotelu gorąca herbata z limonką. Ta, pomimo wysokiej temperatury, co najwyżej schodzącej do letniej, nadal jest przyjemna do picia, doskonale gasząc pragnienie. Trudno powiedzieć to o wodzie, która momentalnie zamienia się w ciepły roztwór, baaardzo trudny do przyswojenia. A pić trzeba. Bo butelkowana woda w Indiach, nie jest wodą mineralną, do której tak jesteśmy przyzwyczajeni. Jest to jedynie filtrowana, ozonowana, chcąc nie chcąc woda destylowana. Nic po sobie w organiźmie nie pozostawia, a jedynie wzmaga pocenie. Na to również znalazł się patent w postaci tabletek musujących z witaminami (zakupionych oczywiście jeszcze w Polsce).

Rozrywka. Nie może przecież tak być, by przez 30 plus godzin nic się nie działo, a podróżni pozostawieni byliby samym sobie. Widok czytanej książki jest raczej niespotykany, gazeta oczywiście- ale tylko jako podkładka pod jedzenie.

Akrobaci z Radżastanu.

Akrobaci z Radżastanu.

Kwestią urozmaicenia czasu zajmują się mieszkańcy mijanych stacji. Jadą dwie lub trzy, wysiadają, by innym pociągiem wrócić skąd przyjechali. Tutaj, trzeba jednak zaznaczyć dwie grupy- pracujące i żebrzące. Do pierwszej zaliczają się wszelkiego rodzaju śpiewacy i lokalni muzyczni wagabundzi, reprezentujący swój repertuar na wszelakich instrumentach, z lepszym lub gorszym skutkiem. Akrobaci najczęściej kilkuletnie dzieciaki, przygotowane do zajęć i poważnie podchodzący do sprawy. Makijaż, muzyka, repertuar i choreografia! Do klasy pracującej trzeba również zaliczyć sprzątaczy- ochotników, którzy za kilka rupii wymiotą spod nóg całe śmieci, których nie udało się wywalić przez okno (koszy na takowe rzecz jasna brak, zresztą nie tylko w pociągach, więc nagminnym jest wywalanie wszystkiego po prostu za okno).DSC_9021_1600x1063

Do naszych ulubionych należą jednak HIJRAS, przez nas potocznie nazywani „klepaczami” (ale o tym za moment). Jest to oficjalna w Indiach, jakby zalegalizowana trzecia płeć- kasta transwestytów i eunóchów nosząca kobiece stroje. Większość to geje, hermafrodyci bądź, co bardziej pechowi, ofiary porwań i kastracji. Głównym zajęciem i sposobem na życie, jest ściąganie haraczy na weselach i uroczystościach narodzin synów. Te bywają często bardzo wysokie, a ich zapłata jest jedynym wyjściem by się ich pozbyć. W pociągowych realiach „klepaczy” najpierw się słyszy, dopiero potem widzi. Charakterystyczne klaskanie w dłonie wyłącznie skierowane ku płci męskiej podróżujących w celu otrzymania zapłaty (najczęściej 10 rupii), co podobno uchronić ma przed złym czarem. Ja nigdy nie płacę i żyję.

Wyżej opisane realia i sytuacje dotyczą zbioru nastu wielogodzinnych przepraw pociągowych na przestrzeni kilku wyjazdów. Tyczą się głównie klasy „sleeper”.

Szczegółowy rozkład jazy pociągów w Indiach, ceny, średnie opóźnienia 🙂 itp znajduje się na stronie:

http://indiarailinfo.com/

 

 

Druga strona Smelly Delhi!

18 maj 2013 roku. Znów Indie. To już po raz czwarty! Znów Delhi i jego wiecznie niespokojne, zakurzone ulice. Pomimo, że tym razem to wyjazd przede wszystkim zakupowo – służbowy zawsze jest coś nowego, niewiarygodnego, innego. W końcu to Incredible India! Ten kraj zawsze zaskakuje i nigdy się nie znudzi, choć zmęczyć potrafi.

kto wie co to jest?

kto wie co to jest?

Stolica Indii nie należy do naszych ulubionych miast. Jak każda metropolia mocno hałasuje i męczy. Za dużo wszystkiego. Zbyt wiele bodźców dookoła. Wciąż ktoś trąbi, krzyczy, próbuje coś wcisnąć. Samochody, tuk – tuki, riksze rowerowe, motorki. Duże i małe pędzące pojazdy. Pomiędzy tym tabuny przechodniów, no i święte krowy taranujące wszystko po drodze.  Niby nie ma reguł i zasad, a wszystko sprawnie funkcjonuje.

Red Fort. Sami nie wiemy ile jeszcze razy musimy przyjechać do Indii, żeby wejść do środka...

Red Fort. Sami nie wiemy ile jeszcze razy musimy przyjechać do Indii, żeby wejść do środka…

Przed 11 wszystko budzi się do życia. Powoli znikają mobilne kramiki z porannym chaiem – pojawią się jutro, jak zawsze w tych samych miejscach. Już pora otworzyć rolety sklepowe.  Butelką wody w dość charakterystyczny sposób, którego nauczenie zajęłoby nam na pewno sporo czasu, każdy sklepikarz zrasza swoją część uliczki. W solidnym, choć wczesno porannym upale na niewiele się to zda…  Zamiecione tony wczorajszych śmieci i prochu, czekają na sprzątnięcie. Może ktoś zdąży zanim silny, gorący wiatr znów poukłada je po swojemu. Ot, i nie zdążyli! Tumany kurzu już tańczą w powietrzu, nieznośnie wdzierając się wszędzie, gdzie tylko to możliwe. Apaszka dobrze się sprawdza w tych warunkach. W odpowiednim momencie szczelnie przytknięta do nosa i ust osłoni nawet przed przerażająco śmierdzącą męską toaletą. Już kilkanaście metrów wcześniej wiadomo, że jest w pobliżu. Psy już pozajmowały swoje stałe, zacienione miejsca. Upał im tez daje się we znaki.

niezłe smaczki w niezłej cenie

niezłe smaczki w niezłej cenie

O 14 ulica zamiera. Największe piekło leje się z nieba. Kto może zasiada w najgłębszym cieniu. Okna wszystkie szczelnie pozamykane. Maleńki promyk słońca może znacznie podnieś temperaturę. Na termometrze 47 stopni. Nawet silny wiatr nie daje wytchnienia. Powietrze gorące jak ze starej suszary. Na szczęście wilgotność w normie. Uwierzcie, że w klimatyzowanym pokoju termometr wskazuje 33 stopnie i już jest przyjemnie!
Niby wszystko to znamy, niby wszystko już widzieliśmy, a mimo to wciąż ten orientalny, indyjski chaos przyciąga uwagę. Każda chwila wchłaniana każdym zmysłem. Nic nie można przeoczyć. Wszystko jest cenne.

Do starej części Delhi jedziemy metrem. 2 przystanki – 9 rupii od osoby (1$ – 55,50 rupii). Na stacji metra kolejka po żeton na dobre 30 minut. Automaty nie działają. Temperatura w podziemiach tylko nieznacznie zmalała. Spory tłum zabiera powietrze. Jeszcze tylko bramka prześwietlająca bagaże… i już radość na twarzy. Takie zamieszanie o bezpieczeństwo, a ochroniarz przed monitorem pisze smsa!

Spice Market- potężna dawka zapachowych doznań

Spice Market- potężna dawka zapachowych doznań

Stare Delhi – to głównie wielki czerwony fort z czasów Mughali i ogromne targowisko. Kupić tu można wszystko. Tłum jeszcze większy niż na Pahar Ganj. Najbardziej podobają nam się uliczki, alejki, zakamarki. Każda część marketu wyspecjalizowana jest w innych produktach. Straganiarze naturalnymi miotełkami z impetem przetrząsają tumany kurzu z ulicznych, otwartych wystawek. Imponujące, cenne , stare budowle szczelnie zasłonięte szlabanami, plakatami i naprędce postawionymi, mizernymi dobudówkami. Szkoda Stare Delhi to naprawdę mnóstwo perełek architektonicznych. Niestety trudno je dostrzec pod tym całym badziewiem zwłaszcza, gdy rowerowa riksza co rusz zajeżdża drogę, a jej nieznośny dzwonek  podprogowo  wcina się w mózg.

Michi, czyli chili.

Michi, czyli chili.

To właśnie tu! W samym epicentrum tego chaosu mieści się ostra dzielnica Delhi, gdzie gigantyczne ilości czerwonego chilli,  cały i drobno drobno zmielony kmin rzymski, spiętrzone w ogromnych worach  zabierają powietrze. Tony ostrych, orientalnych przypraw czekają w niekończących się kolejkach na rozładunek i załadunek.  Liście curry, gałka muszkatołowa, kurkuma, pieprz. Wszystkie cenne dobra w takim natężeniu i nieposzanowaniu!  Kręci w nosie i oczach, nawet ślinianki biją na alarm.

Typowy dla miasta Delhi tzw. gruz architektoniczny

Typowy dla miasta Delhi tzw. gruz architektoniczny

Prawie jak w domu, czyli odwiedziny naszej hinduskiej rodziny.

I pomyśleć tylko, że wszystko zaczęło się od kłótni w autobusie… o miejsca! Że rezerwacja, że my niby co? Pierwszy dzień w Indiach?! Że nigdzie się nie ruszamy, że tak będziemy siedzieć… i tak zaczęła się nasza rozmowa. A było to już dobre ponad rok temu… a może więcej?

Fakt, że przyjeżdżamy był powszechnie znany jeszcze przed naszym wylotem z Polski. A już kilka dni po dotarciu do Indii mailom sprawdzającym i facebookowym zapytaniom, kiedy przyjedziemy nie było widać końca. Jak sami wiecie, od razu do Amritsaru jechać nie mogliśmy, więc upragniony telefon o rychłej wizycie wykonaliśmy dopiero z Baddi.

Cała Mama!

Z dworca autobusowego daliśmy znać, że już jesteśmy na miejscu, znaleźliśmy jakiś punkt orientacyjny, skąd łatwo będzie nas odebrać. Czekamy! W domu chyba alarm został wielki podniesiony, gdyż wszyscy obecni, jak jeden mąż, wpakowali się do samochodu i po nas przyjechali! Mama, Papa i Kunal. Uściski powitalne i łzy szczęścia (Mama bardzo szybko się wzrusza… to już wiemy z zeszłego roku). Jest radość! Jesteśmy znów u swoich. Do pełnego składu (choć do samochodu juz by się nie wcisnęli) brakuje Sandhi i Vishala. Jedno w Delhi pomieszkuje i studiuje, a drugie raz na jakiś czas w Delhi pracuje, ale ma przybyć dnia następnego. A z Sandhią może uda nam się jeszcze spotkać w stolicy.

Najbardziej nas urzekła prawdziwość i szczerość naszej rodzinki. Nikt się nie puszył i prężył (jak to czasem w podobnych sytuacjach bywało), wszyscy czuli się najnormalniej w świecie, tak jakbyśmy znali się od lat, bądź co najmniej mieszkali razem od długiego czasu. Papa śmigał po chacie w swoich najwygodniejszych domowych ciuchach…pamiętających chyba jeszcze inwazję Anglików, Mama przygotowywała obiad na podłodze, gdzie było jej najwygodniej siedzieć i nikt nie robił wielkiego HALLO z powodu przyjazdu białasów. Oczywiście nie do przesady, bo atmosfera była oczywiście cały czas skoncentrowana na nas, a głównie na naszych brzuchach, czy czasem nie są już głodne.

kuchenna nasiadówa. Papa nakryty na ukrywaniu papierosa przed aparatem!

Chyba największym dowodem na to, że jesteśmy jak rodzina (już ta najbliższa) był moment, kiedy trzeba było iść spać. Gdzieś tam nam się wydawało, że dostaniemy pokój Sandhi, która jak wiecie mieszka w Delhi i pokój wydawałoby się stoi pusty. Ale… nie do końca. Jak się okazało, jest to jedyny pokój z klimatyzacją, więc wszyscy śpią właśnie tam. My dostaliśmy honorowe miejsce na łóżku, a Mama z Papą i Kunalem (środkowym synem) spali na ziemi. Twierdząc, że zawsze śpią na podłodze, już nie chcieliśmy nad tym dyskutować kto gdzie śpi, wiedząc z doświadczenia, że i tak nic nie wskóramy. Wszystko było spoko (i zimno) tylko Mama strasznie chrapie!

Udało nam się trochę wetknąć nosy do kuchni, by podpatrzyć to i owo. Ba! nawet zostałem przydzielony do sporządzenia czaju! Co prawda pod bacznym okiem Papy, ale zawsze. Z gotowaniem jeszcze będziemy musieli poczekać, ale wspólne obieranie warzyw już mamy opanowane. Mama już zadbała o to, że ani grama podczas pobytu pod jej dachem nie straciliśmy. Obiadki zawsze syto doprawione…zaostrzone i dosolone. I zawsze z górką!

prawie w pełnym składzie.

Papa po obiadku poczęstował zawsze papieroskiem, bądź billy’sem (hinduską wersją szluga), twierdząc, że jest to dla niego jak sprzęgło i „keep me going”, czyli podtrzymuje na obrotach. Mama się denerwowała, że Papa pali, a Papa się denerwował, że Mama je ostre, a nie powinna! I tak dzień w dzień! Mała wojna domowa!
Dobrze jest mieć rodzinę, w Indiach też.

Mama i Papa na tle palm.

Gwiazdy Bollywoodu w Badhi!

Poważnie lokalny autobus mocno nadwyrężył nasze siły witalne. Trzęsło sowicie. Głowy jak arbuzy. 12 godzin, a miało być 8! Siedzenia wpiekły się w tyłki. No i głód doskwiera, bo od jakiegoś czasu doszliśmy do wniosku, że nie trawimy indyjskiego jedzenia(!), zwłaszcza tego serwowanego w przydrożnych knajpach, w których autobusy się zatrzymują. Odkąd przyjęliśmy tą smutną gdzieś tam taktykę rozwiązały się problemy żołądkowo – trawienne.

Rohan i Gatham przy jednym stali stole.

Gdy wysiadamy w Badhi jest już północ. Lekka konsternacja, bo kredyt w telefonie wyczerpał nam się podczas jazdy, a mieliśmy zadzwonić do chłopaków, gdy już będziemy na miejscu! Na szczeście nie wszyscy w miasteczku do snu się udali. Prosimy  spotkanego na ulicy kolesia żeby zadzwonił do Gaathama. Długo to trwa, ale udaje się. Znów na cztery łapy. Na dodatek z autobusu wysiedliśmy akurat pod hotelem należącym do Rohana, kolejnego z wesołej paczki. Tam już ponoć ktoś na nas czeka. Szybko ładujemy się do pokoju. Teraz tylko odespać.

Zaraz rankiem zjawia się Rohan i Gataam. Dziwnie jest znów się spotkać. Jak twierdzą panowie wyglądamy jak z Bolywoodu?! Rzeczywiście, gdy widzieliśmy się ostatnim razem  -rok temu, byliśmy w 14 miesiącu podróży z mocno zużytym ekwipunkiem i w bardzo zmęczonym stanie.

podczas naszej wizyty można było zauważyć wzmożony ruch w Gathamowej aptece..

Pomimo, że Badhi to większe przemysłowe miasto, w zasięgu hotelu Rohana wydaje się być wszystko, co nam potrzebne. Apteka Gathama jest tuż na przeciwko. Tam też na wieść, że jesteśmy, zjeżdżają się wszyscy uczestnicy imprezki sprzed roku. Nasz ulubieniec Bablu vel Czarna Kobra przyjeżdża jedną ze swoich autoriksz. Po roku dorobił się ich czterech i teraz ze wszystkim męskimi przedstawicielami rodu Kobr prowadzą prawdziwy interes. Trudno nam się z nim porozumieć, bo mową wspólną nie władamy, ale widać, że straszną frajdę sprawił mu nasz przyjazd.
Cały dzień kręcimy się w te i nazad po okolicy. Zakurzone i hałaśliwe Badhi nie należy do miejsc, które chciałoby się zwiedzać.

Wieczór spędzamy w rodzinnym domu Gathaama 15 km od miasta. Prawdziwa rezydencja z marmurowymi podłogami. Zgodnie z panującymi w Indiach zasadami mieszkają tu rodzice Gathama, jego brat z rodziną i Gatham z rodziną. Wszyscy się mieszczą, nikt nie myśli o wyprowadzce. Nikomu nie brakuje przestrzeni. Hindusi nie rozumieją, spotykanej w naszej kulturze potrzeby wyprowadzki z domu. Tylko córki zgodnie z tradycją po ślubie opuszczają dom rodzinny. Jak wszyscy zgodnie twierdzą, w Indiach najważniejsza jest rodzina. Honorowe, pokaźnych rozmiarów miejsce zajmuje domowa świątynia. Bogowie są bardzo obecni w życiu Hindusów.

Urodzinowa niespodziewajka!

Wokół posiadłości prawdziwa podmiejska cisza i spokój. Pola uprawne, własne drzewa mangowe, szkoda tylko, że już po sezonie. Nad głowami przlatują nam stada jaskrawo zielonych papug. Pyszna domowa kolacja w niczym nie przypominała ciężkostrawnego restauracyjnego jedzenia. Szczególnie sałatkę z orzeszków ziemnych będziemy musieli odtworzyć po powrocie! Miło móc ujrzeć ten chaotyczny świat z zupełnie innej, domowej perspektywy.

Gatham’s Family!